Opublikowano 1 komentarz

Deska olejowana – ciąg dalszy rozważań. Czyli jak podjąć dobrą decyzję, gdy się jest mistrzem niezdecydowania?

…….

Tyle wygrać.

Czterdzieści minut w aucie sam na sam z mężem. Bez dzieci. Dwadzieścia pięć minut w sklepie z parkietami. Bez dzieci. Czterdzieści minut powrotu autem do domu. Dalej bez dzieci, za to z kilkoma próbkami oleju w rękach.
 Bezcenne.

 Pojechaliśmy z mężuniem do podkrakowskiej wiochy, by na własne oczy zobaczyć i podotykać podłogi olejowane olejem Vermeister. Bardzo lubimy sobie pomacać przed zakupem i porozmyślać, czy kolor taki czy siaki a może jednak lakier (sic!) 

Tak naprawdę byliśmy prawie pewni, że mżaden kolor z firmowego próbnika nam się nie spodoba i będziemy kombinować, więc chcieliśmy z pierwszej ręki zasięgnąć porady i poznać jakieś zakazane techniki 😀 

Panowie z Parkiet Expert byli naprawdę super. 
Doradzili, nie marudzili gdy żadne kolory nam się nie podobały, odlali nam bez problemu wybrane próbki oleju, żebyśmy mogli pobawić się nimi w domu, pokazali nawet spray mopa, którym sprzątają sobie w biurze. Naprawdę było świetnie i zabawnie i fachowo. I muszę Wam z czystym sumieniem polecić spray mop i mydło do parkietu. Ja takich czarów nie widziałam dawno. Wiecie, Pan nie chciał nam tego sprzedać, po prostu zapytałam o tego mopa, bo takiego samego polecała mi Olka z Ameryki- siostra Piotrka. I ten Pan się tak rozpromienił,  tak ucieszył, tak mopował co się da , no szok, pogawedka o olejach go tak nawet nie cieszyła jak pokaz możliwości mopa 😀 Czułam się troszkę jak na prezentacji Thermomixa. Tylko nie było co jeść. W każdym razie wyszłam z olejami i z wielką chętką na spraymopa. 
Po powrocie, jak prawdziwi specjaliści, blogerzy i influencerzy, nie ulegliśmy pokusie i świadomie postanowisiśmy wybrać dobrą porę na nakładanie oleju i robienie sesji fotograficznej. Wróć! Oczywiście, że  zabraliśmy się za to zaraz po wejściu do domu. 
Głodne dzieci odsunęliśmy na bok, a te które nie chciały się oddalić zostawiliśmy tam gdzie stały, wyjęliśmy dechy i oleje i rozstawiliśmy sprzęt na stole. 
( Oj Tadziu, oczywiście, że tak, lekcje będziecie dziś odrabiać na podłodze, tak, tak to bardzo zdrowe dla kręgosłupa. I mózgu, bo masz głowę w dół i ci dotlenia komórki. Mózgowe. Nie telefon. ) 
Wiecie, nie miałam nawet szmatki do nakładania oleju (pamiętacie- najlepsza jest pieluszka tetrowa ) więc pocięłam starą koszulkę z Reserved. Nie było w ogóle dobrego światła na zdjęcia, więc wyjęłam statyw i co dwie minuty mówiłam „ nie ruszać się”. Było tak profesjonalnie, że szok.
Udało mi się zrobić nawet kilka ostrych zdjęć- wszak na rękach wciąż miałam 10 kilowego Ryśka. Rysiek ma rok i nie wyobraża sobie nie być w centrum wydarzeń. Pomagał mi pięknie, kopiąc statyw lub aparat. W każdym razie jedno jest pewne.

Olej nakłada się miło lekko i przyjemnie.  

(Na pewno  przyjemniejsze jest nakładanie oleju niż robienie zdjęć z Ryśkiem na rękach. )
Zapach jest delikatny i nie drażni.
Wybarwienie olejów bardzo ładne.
Każdy kolor w sumie był uroczy, już mamy swój typ, lecz Wam nie powiemy póki co.
Niech będzie trochę tajemniczo.
Zobaczcie sami- olejowanie nie  może być skomplikowane skoro udało nam się to zrobić kilka próbek z piątką głodnych i zmęczonych dzieci w tle! 
Do prawdziwej roboty- już na podłodze- wyniosę się jednak z domu na kilka dni, bo nie chce mieć dzieci w oleju i męża z nerwicą. Póki co jednak, ciesze się że mamy chociaż wstępny zarys koloru podłogi. 
Oczywiście kolor mieszaliśmy sami, więc szansa, że umieszamy jeszcze raz coś podobnego jest minimalna. 
Z resztą- przekonamy się niebawem. 
Poniżej garść zdjęć. 
Pamiętajcie, że robiłam je z Ryśkiem i nie obrabiałam w Lightroomie. 

Opublikowano 10 komentarzy

post depresyjny czyli niech już będzie wiosna i zaczną się dalsze remonty bo inaczej co miesiąc będę pisać o kwiatkach i dywanach.

Pamiętacie, podobno robimy remont naszego domu. 

Pisze podobno, bo od świąt nic nic nic nie ruszyło, nic się nie dzieje i czekamy na wiosnę jak na zbawienie.  Póki co zamęczam Was widokiem mojej kuchni i kwiatków. Sami rozumiecie.

Mój dom składa się z remontu, bałaganu, dzieci i roślin.

Jeszcze rok temu było zupełnie inaczej, przynajmniej z tą ostatnią kwestią, bo bałagan i dzieci mam od zawsze, więc wiecie, ten teges. Do niedawna potrafiłam ususzyć nawet kaktusa.

Dziś podlewam te, które trzeba podlać, zraszam te które należy zraszać, wlewam odżywki i gadam. Gadam do kwiatków. To już gorzej niż gadanie do dzieci, bo dzieci chociaż coś odpowiedzą, a kwiatki, hmm, nie są zbyt rozmowne.
Ale !
Strasznie fajne to nowe hobby moje. Gdybym nie miała dzieci, miałabym tylko bałagan, koty i kwiatki. I mimo, że moja nonkonformistyczna dusza wciąż mi przypomina, że MONSTERA ROŚLINĄ KAŻDEGO HIPSTERA, to ja i tak kwiatki kocham i w dupie mam że jestem modna jak laska w dziurawych dzinsach za dużym tiszircie za sto monet i allstarach na nogach.
Trudno.
Czasem muszę robić to co wszyscy.
Więc podlewam.

Swoją nieremontową depresję leczę też dodatkami do domu, przecenami z Zara.com i moim dywanem.
Dywan jest zajebisty, właśnie Rysiek wylał na niego sos pomidorowy, ale i tak jest zajebisty. Dywan, nie Rysiek. Rysiek chwilowo ma bana.

A dywan wygląda tak:

Dywan jest idealny i taki jak mi się marzył, i uwaga, mimo że przekopałam cały OLX za takowym, ten mój piękniś czekał na mnie w Castoramie, 7 km od domu 😀

Prawda, że jest IDEALNY? 

Moi insta przyjaciele już nie mogą go pewnie znieść, ale nie każdy przecież ma Instagram🙂
(A  kto nie ma już ma zakładać i mnie obserwować bo tam dzieją się rzeczy niezwykłe 😀 )

Jest tak IDEALNY, że nie wkurza mnie, że ciągle go dzieci przesuwają, bawią się, że to latający dywan, albo że to łóżko. Nie denerwuje się, gdy zdrapuje z niego zaschnięte resztki dżemu i nie płaczę nad rozlanym na niego mlekiem. Zapieram go gdy Rysiek wywali nań litr eko przecieru z pomidorów i naprawdę, naprawdę nie żałuję, że go mam. Nie straszne mi teksty o praktyczności, o dodatkowej robocie i bezsensie takiego dywaniku. Ja go mam, on jest mój, moja stopa po nim stąpa a moja ręka sprząta z niego rzygi Ryśka. I kocham go i już. 

A Wam jak się podoba?
Wolicie praktyczne rozwiązania, czy tak jak ja jesteście zawodowymi hardkorami wnętrzarskimi i wali Was praktyczność?: )

Ps.
Trzymajcie kciuki,  żeby wiosna była szybko bo tyle mamy do robienia że szok 🙂

Opublikowano 19 komentarzy

Rainbow shelf do niczego nie podobne. Czyli półka na książki upside down. Moje DIY.

makita,metabo, ikea ,półka, zrób to sam, rainbowshelf

Światło nie sprzyja żadnym zdjęciom, aparat mam do bani, obiektyw mizerny, a lamp i softboksów przy dwójce dzieci w domu nie śmiem nawet wyciągać. Więc co ja mam biedna zrobić? W sieci dziesięć milionów zdjęć pięknych domów, tu światełka, tam domki lampiony, choinki i mikołajki.
U nas rozpierdziel remontowy, ściany brudne, wykładzina przemysłowa na podłodze i zima w natarciu bez szaf w przedpokoju. Wyobraźcie sobie, piątka dzieci, kombinezony, kurtki, czapki, szaliki,  rękawiczki, śniegowce, nasze kurtki, płaszcze, buty jedne i drugie  trzecie i dziesiąte. I zero ZERO szafy.
Kominek do rozbiórki- nie zdążyliśmy przed zimą- trzeba w nim przepalać, więc sprawa stoi, podłogi można robić dopiero po rozburzeniu kominka, no masakra lekka i nie mała.
Ale!
Mamy prawie skończoną sypialnie.
Pamiętacie ? Lata temu świetlne pisałam o tym między innymi  tu. 
I co mnie cieszy najmocniej, prócz drzwi- świetne półki.
Na moje nie-do-końca-rainbow książki.

Wymyśliłam ten patent już jakiś czas temu, bo bardzo mi się podobają wszelkie półki gdzie wspornik jest od góry a nie normalnie, pod półką.
Szukałam opisu, wiecie jakieś niuansiki, kruczki i tym podobne,ale niestety prócz jednego wpisu w nierodzimym języku, autorstwa Corriny  <klik> , nie znalazłam nic.  Jej opis jest super i w sumie aż wstyd się tu wygłupiać i pisać że to niby jest jakiś tutorial albo coś, nie to poprostu luźno rzucone zdjęcia i garść przemyśleń. Ot, tak, rzucone jak skarpety wieczorem na podłodze przy łóżku, lub kurtki na przedpokoju, lub ręczniki w łazience. Rzucone z lenistwa i z miłości do chaosu.
Więc u mnie pooglądajcie Piotrka w moro dresie i naszą ścianę, a po konkretne porady zapraszam do Corriny.  Chyba że Wam się nie chce czytać w trybie samotłumacza to możecie, mimo wszystko, na własną odpowiedzialność przeczytać mój tutorial 😀

JAK ZROBIĆ PÓŁKĘ upside down, reverse, lub po prostu z odwrotnie wkręconymi wspornikami EKBY LERBERG z IKEA. Tak zwany IKEA HACK.

PÓŁKA Z IKEA DIY krok po kroku.

  •  Kup w IKEA wsporniki LERBERG ( są mega tanie, chyba 8 zł za szt) 
  •  Zabierz je ze sklepu ( ja notorycznie zostawiam zakupy przy kasie, bo już widzę te hotdogi za złotówkę i lecę tam, ciągnięta przez dziecko, niczym latawiec na wietrze i zawsze muszę się wracać i szukać paragonu i Panu z Ochrony tłumaczyć, że tak tak to moje i  proszę nie zanosić na zaplecze i Pan mi da i jest jak zawsze gorąco i wstyd) 
  • Zorganizuj męża/ chłopaka/ brata/tatę/ przyjaciółkę z jakąś wkrętarką i bitami. ( przyda się też do podtrzymywania desek- facet , nie wkrętarka) 
  • Zorganizuj deski ( możesz kupić gotowe w markecie typu Obi albo IKEA albo zrobic tak jak ja – rozwalić starą podłogę, przeciągnąć deski za pomocą taty na grubościówce, aby zedrzeć lakier, skleić w warsztacie męża i przytaszczyć do domu ( za pomocą taty) 
  • Przyda się jeszcze metr, ołówek, czekolada i wkręty, z główką większą niż dziurka w półce  lub podkładki, żeby nam śrubka nie przeleciała przez wspornik) 
  • koniecznie klucz nasadowy – wygląda o tak: 


  • Ok, zakładam, że macie już przygotowane deski na półki. I całą resztę sprzętu. 
  • W ścianie na której  ma zawisnąć półka, odznaczamy sobie ołóweczkiem miejsca gdzie wkręcimy śrubki, na zagranicznym tutorialu był super patent z taśmą malarską ( żeby nie pisać sobie po ścianie przyklejamy nań taśmę malarską, tam znaczymy co trzeba a po skończonej pracy odklejamy i nie ma ewentualnych śladów ołówka nigdzie) My jednak z niego nie skorzystaliśmy bo jesteśmy zbyt leniwi. U nas w ogóle odmierzanie miejsca na wsporniki to był dramat bo musieliśmy się wstrzelić w konstrukcje drewnianą ściany a nie w puste suche tynki. U was podejrzewam to będzie nic trudnego, byle wyszło prosto ( polecam pozimicę 😀 )
  • Wkręcamy wsporniki w ścianę, pamiętając że będą do góry nogami i ta większa dziura jest u góry- warto mieć podkładkę która sprawi że nam śruba nie wyjdzie ( o co chodzi? Patrz foto)

  • Przykręcamy tak wsporniki ( klucz nasadowy w ręce- świetnie się nadaje do dokręcenia wsporników do ściany) a do wsporników od spodu wkręcamy się z półką. ( wkrętarka w dłoń i ktoś do pomocy żeby trzymał półkę- koniecznie) 
  • ok, teoretycznie półka powinna być zamontowana. W praktyce pewnie nic nie rozumiecie ( ja sama nie wiele rozumiem, w końcu to mój Piotrek był mózgiem tej operacji) Z tego powodu raz jeszcze polecam opis z tej strony : <klik>

Gdy uda Ci się przy pomocy mojego opisu cokolwiek wskórać to super, a jak nie- był chociaż FUN z czytania, prawda? :))

I oczywiście- zdjęcia mojego męża w czapce – dla wytrwałych!

Widzicie, niemałym wysiłkiem i małym kosztem mamy półki. A na nich cześć książek. Próbowałam ułożyć je niczym piękna rainbow shelf , kolorami to ślicznie i schludnie , niczym książki kupione do zdjęcia tylko. Ale niestety nie potrafię. Musi być choć cień logiki. Chociaż autorzy obok siebie, albo cokolwiek…  Więc układanie kolorami jest jak wszystko u nas-  nie do końca i trochę bez sensu. Ale jest po naszemu i co najważniejsze wiem gdzie jaka książka leży 🙂

jak zrobić półkę

jak zrobić samemu półkę

jak samemu zrobić półkę
jak zrobić półkę

Nie ma tu stylizacji pod zdjęcie i modnych dodatków. Jest świecznik ze szklanki i piórek autorstwa Jureczka( lat5) i nasza rejestracja z podróży po USA. Sama prawda, zero ściemy.

Pozdrówki z sypialki dla Was wszystkich, dzielni czytacze!

No i oczywiście dajcie znać co myślicie 😀

Opublikowano 8 komentarzy

elewacja – dlaczego się tak wkopaliśmy? Czyli wpis dla tych wszystkich ,którzy czekają na końcowe zdjęcia kuchni.

Pada. Co ja mówię, leje. 

Leje. A ja w łazience nie mam okna. W salonie mam dyktę a na podłodze wykładzinę przemysłową.
 

   W zeszłym roku o tej porze miałam okna tam, gdzie ich miejsce, miałam podłogę( bardziej drzazgową pożogę ale drewniane to było i ciepłe) miałam kuchnie i miałam spokój. 
Dziś mam wymarzony remont -nie mam wciąż dokończonej kuchni, mam za to rozgrzebaną elewacje. I deszcz. 
Wiecie, nie wiem czy pamiętacie, jak obiecałam Wam zdjęcia z nowej kuchni po malowaniu farbą 3V3; taki wpis z opisem co i jak i czemu mi nie wyszło lub o dziwo wyszło. 
Ale, cóż, jak wiecie nie można mieć wszystkiego. 
Przede wszystkim nie mamy czasu i mój kochany  mąż nie wkręcił wciąż różowych gałek do środkowej szafki- witrynki. 
Prócz tego, już nie pamiętam jak to jest mieć posprzątane w kuchni. Wiem za to, jak to jest mieć częściowo położone płytki na ścianie. I wiecie jak jest? Do dupy 😀 
Nigdy, ale to nigdy nie róbcie tak jak my. Bo my to my, jakoś dajemy radę ale nikt o zdrowych zmysłach by nie wytrzymał TAKIEGO remontu. Remontu bez planu i bez czasu i bez kasy. To jest taki remont, który nie ma prawa się udać, ale nam się udaje i ja wciąż nie wiem , jak to jest możliwe.  
Z dnia na dzień uświadomiono nam że idzie jesień i że jeżeli chcemy ( a musieliśmy) ocieplić dom i zmienić elewacje na drewno, to mamy czas do …. wczoraj haha. 
I naprawdę tak było, że Piotrek rzucił kuchnie w trakcie, dosłownie wrzucił wiaderko z przyborami do kładzenia płytek pod schody, takie  nieumyte, bo może w wolnej chwili będzie kończył. I zabrał się za elewację. W tydzień staliśmy się ekspertami od kładzenia wełny oraz obijania domu drewnianymi deskami elewacyjnymi. Piotrek zjeździł wiele tartaków, kupił dechy i zaczęliśmy prace. Ja chciałam okno tarasowe na pół salonu. Chciałam to mam, siedzę teraz w zimnie, patrze na czarna płytę OSB i nie wiem czemu to sobie zrobiłam. Szczególnie że okno miało mieć tysiącpięcetstodziewiecet centymetrów a ma tylko sto bo na tyle nas konstrukcja domu puściła. 
Wyszło i tak nieźle, bo bal konstrukcyjny był w takim miejscu, że okno wypadło prawie tam gdzie chciałam. A ile było emocji i jaka świetna zabawa. Dla wszystkich! 

Stare domy są niesamowite, każda ingerencja jest jak odkrywanie skrzyni z pirackim skarbem. A to się okaże,  że w domu mieszka mech, albo całe gniazdo myszy (sic!!!) spadnie na głowę podczas docieplania, a to znów ktoś znajdzie stare gwoździe, całe kwadratowe wbite w jakąś deskę, lub paragony z zakupów, całkiem niedawnych, między deskami zawieruszone ( ach te myszy!) 
Rozwalanie elewacji wiązało się z zerwaniem drewnianych elementów robionych jeszcze przez mojego Dziadka. Ciężko czasami pożegnać się ze Starym, szczególnie gdy niszczycielska siła łomu jest nie do opanowania i mimo starań nie uda się zachować tego, co by się chciało. Ale z drugiej strony idzie Nowe. Nowe jest piękne bo jeszcze go nie ma i w sumie nie wiadomo co z niego będzie…

 Szczególnie gdy na wybranie koloru nowej elewacji ma się trzy dni.
 I wiecie tu kolejne zdziwienie życia. Marzyła mi się jasna, naturalna elewacja, jak dąb taki piękny. Jak nowoczesne stodoły z jakiś współczesnych projektów domów drewnianych. Z wielkimi oknami i grafitowym dachem. Jednak rzeczywistość zastana sprawiła, że mamy małe wyjście na taras a kolor elewacji nie będzie jasny. Bo jasny to najlepiej olej. I co roku malować. Albo lazura i co dwa trzy lata odnawiać. 
I sorry, ale jak się ma 5 dzieci to się wtedy priorytety zmieniają i każdy inny kolor który przetrwa dłużej niż trzy lata jest piękny. 
No dobra. 
Nie każdy. 
Nie daliśmy rady wybrać nic. 
Ani we Fluggerze
Ani w Tikkulirlli. 
Emmersy i inne Osmo, nieststy ble. 
I już miałam mieć jakąś kupę na elewacji, gdy odkryliśmy Adlera. 
Niby też brzydale same, ale mają wzornik niestandardowy liczący milion odcieni. 
Wiec coś się udało znaleźć. 
I to coś mamy na domu. 
I ja to malowałam, sama samiusieńka. 

A jak wyszło? 
Myslę, że spoko. 
Ale uwaga. 
Mamy tylko jedną ścianę, no nie wiem, czy wiecie ale PADA. 
Co ja mówię. 
LEJE. 
Więc mamy kawałek wyremontowanej kuchni.
Kawałek elewacji. 
Kawałek podłóg. 
I chyba tyle mamy. 
Więcej nie mamy. 
Bo LEJE. 
Kap 
Kap
Kap